4-dniowy rejs z Lomboku na Flores

Tagi :
#rejs / #lombok / #komodo

4-dniowy rejs z Lomboku na Flores

Indonezja · Podróże 2019-04-03
O rejsie przeczytałam wiele bardzo pozytywnych opinii, więc nie mogliśmy doczekać się, aż w końcu znajdziemy sie na łodzi. Zobaczcie, co z tego wyszło :) .

Rejs odbyliśmy na początku maja 2018r.

Cześć Kochani!

Czy podczas podróży zdarza Wam się, że robicie coś, co niekoniecznie Wam się podoba, ale po wszystkim okazuje się, że wspominacie to jako największą przygodę? Dla mnie jednym z takich przeżyć był rejs z Lomboku na Flores. Z jednej strony te 4 dni na łodzi dłużyły się jak … czekanie na polski pociąg zimą, a z drugiej, była to przygoda, o której najwięcej opowiadaliśmy po powrocie do domu.

 

 

Z Lomboku na Flores, czy z Flores na Lombok?

Jeśli macie taką możliwość, to wybierzcie rejs z Flores (Labuan Bajo) na Lombok. My płynęliśmy odwrotnie i myślę, że gdybyśmy wybrali drugą opcję, całą przygodę wspominalibyśmy dużo milej.

Jakie są różnice? Po pierwsze w Labuan Bajo znalezienie rejsu jest niesamowicie proste, ponieważ cała główna ulica składa się w większości z biur podróży. Ceny są porównywalne lub niższe niż na Lomboku, przy czym standard łodzi jest często dużo wyższy. A przede wszystkim nie ma takiego ścisku na pokładzie (może oprócz wysokiego sezonu). Różnią się także trasy rejsów, wiec warto dowiedzieć się wcześniej, czy w planach są wyspy, na których Wam zależy.

Organizacja wycieczki z Lomboku jest trudniejsza. Nocowaliśmy w dużym mieście Mataram, w którym nie znaleźliśmy żadnego biura zajmującego się rejsami. Pytaliśmy o nie w restauracjach, naszym hostelu i przypadkowych ludzi, ale nikt nie potrafił nam pomóc. Po dwóch dniach poszukiwań, w naszej recepcji zjawił się mężczyzna, który zaoferował nam sprzedaż wycieczki. Wręczył nam ulotkę swojego biura podróży, pokazał zdjęcia statku oraz atrakcji po drodze i zapewnił, że wstąpimy na wyspę Padar, na której bardzo mi zależało. Zaproponował też, że załatwi nam zimne piwko na podróż w super cenie. Wszystko wyglądało pięknie!

 

Po negocjacjach, rejs kosztował nas 1,7 mln IDR (ok. 400 zł) za osobę. W tej cenie mieliśmy zapewnione:

  • Wstęp do Parku na wyspie Komodo
  • 3 posiłki dziennie (możliwość dań wegetariańskich, ale trzeba wcześniej o tym powiadomić)
  • Spanie na pokładzie na materacu (poduszki i koc zapewnione)
  • 2 butelki wody na dzień
  • Maski i rurki do nurkowania (słabej jakości – lepiej mieć swoje)

 

Ulotka, którą dostalismy od naszego sprzedawcy wycieczki. Tak miał wyglądać nasz rejs, tylko 4. dnia, zamiast wracać na Lombok, mielismy skończyć w Labuan Bajo.

 

Nasz 4-dniowy rejs i pierwsze „zgrzyty”

Wszystkie łodzie wyruszają z portu w Kayangan (wschodni Lombok), więc w poniedziałek pod nasz hotel podjechał autobus mający nas dowieźć na miejsce. W czasie drogi dostaliśmy propozycję kupna alkoholi. Okazało się, że były dużo tańsze niż te, które zakupiliśmy u naszego pośrednika.

Rejs mieliśmy zacząć o 9 rano, a zaczęliśmy o 17. Kiedy dojechaliśmy do portu okazało się, że obiecany dwupokładowy statek ze zdjęć w ulotce, jest starym kutrem rybackim przerobionym na łódź. Miejsca było tak mało, że wszyscy zastanawialiśmy się, gdzie chcą „upchąć” całą 20-osobową ekipę + obsługę.

Gdy weszliśmy na pokład, zaczęła się walka o najlepsze miejsce do spania. Polecam wybrać materac blisko schodów i od przodu statku - jak najdalej silnika.

 

 

Dzień 1.

Wieczorem odbyło się spotkanie, w czasie którego kapitan poinformował nas, że kolejny przystanek będzie dopiero następnego dnia. Kiedy pokazałam mu ulotkę, wg której już pierwszego dnia mieliśmy odwiedzić dwie wyspy, usłyszałam, że po pierwsze - to nie jest ich ulotka, a po drugie - wyruszyliśmy za późno, więc i tak nie zdążymy już nic zrobić. Możecie wyobrazić sobie złość, która wszystkich ogarnęła. Później było jeszcze gorzej. W nocy nagle usłyszeliśmy huk. Okazało się, że wysiadł silnik, więc kilka kolejnych godzin straciliśmy na jego naprawianie.

 

 

Dzień 2.

W końcu udało nam się dopłynąć do pierwszej wyspy – Moyo Island. W planach był snorkling i spacer po wyspie. W jej głębi znajduje się wodospad – całkiem ładny, na który wspinaliśmy się po śliskich skałach. Niezbyt bezpieczna atrakcja, ale już wielokrotnie zauważyliśmy, że bezpieczeństwo turystów nie jest rzeczą priorytetową w Indonezji ;) Orzeźwieni i wykąpani (na łodzi nie ma prysznica, więc docenicie czystą wodę) wróciliśmy na statek. Z pływania w morzu musieliśmy zrezygnować przez duże opóźnienie. Kolejne kilkanaście godzin spędziliśmy na pokładzie, bez żadnej przerwy. A do tego mieliśmy przyjemność przeżyć mały sztorm. Mnie się nawet podobało, ale kilka osób wymiotowało za burtę.

 

 

Dzień 3.

Ten dzień był niesamowity i uratował cały feralny rejs!  Rano dopłynęliśmy do wyspy Lawa/Laba (Gili Lawa Darat). Odbyliśmy krótki, ale dosyć meczący trekking na wysoko położony punkt widokowy. Pełne buty, ewentualnie sandały trekkingowe, czapka i butelka wody były niezbędne.  Niestety nie zdążyliśmy na wschód słońca, ale widoki z góry i tak były obłędne. Jest to jedno z takich miejsc, gdzie robi się milion zdjęć dokładnie tego samego krajobrazu, bo jest tak magiczny. Krótki spacer po okolicznych wzgórzach i po ok. godzinie wróciliśmy na statek. To, co wszystkich mocno zabolało, to wysypisko śmieci wzdłuż całej plaży. Straszny widok, szczególnie w tak pięknym miejscu.

 

 

Następnym punktem naszego rejsu było miejsce, które nazywa się Manta Point. Mieliśmy możliwość pływania z wielkimi mantami - niektóre z nich miały nawet 5m długości i znajdowały się tylko kilka metrów od nas! To było niesamowite uczucie. Nigdy nie zapomnę towarzyszących nam wtedy emocji i zachwytów.

Kolejną atrakcją była rozsławiona Pink Beach – plaża, która swój różowy kolor zawdzięcza rozdrobnionym koralowcom, wyrzuconym przez morze na brzeg. W Internecie znajdziecie plażę w intensywnie różowym kolorze. W rzeczywistości przypomina każdą inną plażę o lekko pudrowym zabarwieniu. Dla mnie nic specjalnego. Za to snorkling w jej okolicach jest czymś obowiązkowym. Nigdzie nie widziałam tylu pięknych ryb i tak różnobarwnych koralowców.

Zwieńczeniem tego cudownego dnia była skacząca zaraz obok naszej łodzi gromadka delfinów :)

 

 

Dzień 4.

Ostatniego dnia spacerowaliśmy po wyspie Komodo w poszukiwaniu waranów – największych jaszczurek na świecie, zwanych inaczej smokami z Komodo. Wycieczka odbywa się  w towarzystwie strażników - rangersów z długimi kijami, którzy w razie potrzeby odganiają warany. Pierwszego zobaczyliśmy na samym początku spaceru. Okazało się, że jest w tym samym miejscu każdego dnia (najprawdopodobniej był tam dokarmiany). Szczerze mówiąc nie zrobił na mnie dużego wrażenia. Był przyzwyczajony do turystów i zupełnie nie zwracał na nas uwagi. Przewodnik doradził nam, żebyśmy nacieszyli oczy i porobili zdjęcia, ponieważ najprawdopodobniej żadnego smoka już nie spotkamy.  Po godzinie, wbrew wcześniejszym słowom, zobaczyliśmy kolejnego leniucha wygrzewającego się na słońcu. Ten również nic sobie nie robił z naszej obecności, chociaż wydawał się nieco groźniejszy od poprzenika. I to by było na tyle. Po 3 godzinach i 2 smokach wróciliśmy na łódź. Czekał nas jeszcze jeden przystanek na snorklowanie i ok. godziny 15 w końcu dobiliśmy do brzegów Flores.

 

 

Rejs był dla mnie przeżyciem ambiwalentnym. Wspominam go jako niesamowitą przygodę, ale jeśli miałabym odbyć go drugi raz, to tylko z droższą i bardziej profesjonalna firmą. Mimo to absolutnie nie żałuję, że się zdecydowaliśmy, wiec jeśli kiedykolwiek będziecie mieli możliwość płynąć w podobny rejs – płyńcie koniecznie!

Aaa i jeszcze jedna ważna rzecz, o której powinniście wiedzieć – na łodzi spędza się 90% czasu i jest strasznie nudno, szczególnie dla osób bardzo aktywnych. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Niekończące się leżenie było gorsze od karaluchów i braku łazienki. Dlatego myślę, że może lepszą opcją dla osób nie lubiących ciągłego opalania, spania i patrzenia w dal, jest wykupienie jedno i dwudniowych wycieczek w Labuan Bajo, które są bardziej intensywne.

 

 

Rady, informacje, rewelacje:

Rejsu szukajcie i kupujcie na miejscu. Jest mniej więcej dwa razy taniej, niż przez Internet.

Koniecznie zabierzcie ze sobą tabletki przeciwbólowe i na chorobę lokomocyjną.

Kupując wycieczkę  do wyboru będziecie mieli dwie możliwości – tańszą ze spaniem na materacu na pokładzie i droższą ze spaniem w „prywatnej kabinie”. Nie wiem, jak wygląda to na innych statkach, ale u nas „prywatna kabina” była w małym, otwartym pomieszczeniu, w którym znajdował się również silnik. Było to zdecydowanie najgorsze miejsce na całej łodzi.

Z tego co wiem, łodzie wypływają z Lomboku w piątki i poniedziałki, a z Labuan Bajo tylko w piątki.

Łódź najczęściej nie dobija do wysp (oprócz Komodo), więc konieczne jest dopłynięcie do nich samemu. Jeśli nie czujecie się na siłach, to poproście kogoś z załogi, żeby przetransportował Was małą łódeczką, którą normalnie pływają plecaki, aparaty i buty :)

Nie zdziwcie się, gdy w nocy usłyszycie tuptanie malutkich nóżek – to karaluchy :D

Na łodzi nie ma prysznica, a toaleta to dziura prosto do wody. Załatwianie się w czasie dużych fal lub po ciemku było niezłym wyzwaniem ;)

Alkohol, przekąski  i pamiątki bez problemu kupicie w sklepikach na małych łódeczkach, ale lepiej zabrać coś swojego.

Zabierzcie jakąś książkę, krzyżówki, coś na zabicie czasu, którego jest baaardzo dużo.

Weźcie papier toaletowy, bo potrafił sie skończyć ;)

Z tego co pamiętam nie było miejsca do ładowania telefonów/aparatów, więc na wszelki wypadek zabierzcie power bank.

Flores - Labuan Bajo :)

Galeria zdjęć
Podróże NAJNOWSZE
blog comments powered by Disqus