Wyspa Heimaey

Tagi :

Wyspa Heimaey

Islandia · Podróże 2019-10-29
Wyspa Heimaey to jedna z perełek Islandii. 2 niziutkie, ale piękne wulkany, cudowne widoki, spokój i totalny brak ludzi (przynajmniej we wrześniu) to cechy, które sprawiły, że Heimaey znalazła się na liście moich ulubionych miejsc na Islandii. Jeśli dysponujecie wolnym czasem, to zdecydowanie polec

 

Jak się dostać na Heimaey?

Prom

Na wyspę można dostać się promem, który odpływa głównie z portu Landeyjahöfn, a w czasie złych warunków pogodowych z Þorlákshöfn. W dniu, w którym planowaliśmy płynąć na Heimaey wiał bardzo silny wiatr i część rejsów została przeniesiona właśnie do drugiego portu, który zupełnie nie był nam po drodze. Na szczęście wieczorem pogoda się poprawiła i nasz prom wypłynął planowo z Landeyjahöfn. W każdym razie miejcie na uwadze to, że możecie dostać informację o zmianie miejsca wypłynięcia na ostatnią chwilę, więc warto zostawić sobie jakiś zapas czasu na ewentualny dojazd.

 

 

Prom płynie ok. 30-40 min z Landeyjahöfn i niecałe 3 godziny z Þorlákshöfn.

Bilety możecie zarezerwować przez stronę https://visitwestmanislands.com/tour/ferry-landeyjahofn-to-vestmannaeyjar/ lub kupić już w porcie. Cena za bilet w jedną stronę to 1600 ISK (ok. 50zł). We wrześniu nie było problemu z zakupieniem biletów na ostatnią chwilę, ale tylko bez samochodu. Jeśli zależy Wam na zabraniu autka, to lepiej zabookować miejsce 1-2 dni wcześniej.

Czytałam, że latem jest dużo większe obłożenie i warto dokonywać rezerwacji z większym wyprzedzeniem.

I jeszcze kwestia samochodu – możecie go zostawić na bezpłatnym parkingu zaraz przy porcie (tylko pamiętajcie zabrać ze sobą najważniejsze rzeczy). Jest dosyć duży, więc nie powinno zabraknąć miejsc.

 

 

Moja rada – starajcie się płynąć za dnia, a najlepiej podczas zachodu słońca. Widoki z promu są niesamowite, więc szkoda byłoby, żeby zniknęły pod osłoną nocy ;)

 

Samolot

Nas wyspie jest małe lotnisko obsługujące loty krajowe. Bilety możecie kupić na stronie https://www.eagleair.is/destinations/vestmannaeyjar.

 

Brać samochód, czy nie brać?

Sami planowaliśmy zabrać samochód, ale przez brak biletów musieliśmy zostawić go na parkingu. I koniec końców nie żałowaliśmy. Wyspa jest na tyle mała, że wszędzie można dojść pieszo, a przy okazji podziwiać piękne widoki.

 

 

Jak długo zostać na Heimaey?

Wydaje mi się, że taki optymalny czas to 2 dni. Można wtedy spokojnie pochodzić po całej wyspie, wspiąć się na oba wulkany, a wieczorem odpocząć i napić się gorącej herbatki w oczekiwaniu na zorzę. W jeden dzień też można sporo zobaczyć, ale my mieliśmy jednak mały niedosyt i chętnie wróciłabym na wyspę, żeby bardziej poczuć jej klimat.

Natomiast jeśli goni Was czas, to możecie przypłynąć porannym promem i wrócić wieczornym. Zawsze lepiej widzieć mało, niż nic ;)

 

Gdzie spać?

Noclegu najlepiej szukać przez booking.com. Jest ich naprawdę sporo, do tego w dobrych cenach i często w lepszym standardzie niż w innych częściach Islandii. Ja z czystym sumieniem mogę Wam polecić nasz domek - Ofanleiti guesthouse. Piękne, nowoczesne miejsce z cudownym widokiem. Tylko pamiętajcie, że kawałek trzeba dojść :)

 

 

Wyspa Heimaey i jej atrakcje

Z racji tego, że na wyspę przypłynęliśmy wieczorem, a wypływaliśmy już kolejnego dnia o 13, nie byliśmy w stanie zobaczyć wszystkiego, co oferuje. Udało nam się pospacerować po okolicy, wejść na wulkan Helgafell, z którego rozpościerała się niesamowita panorama i zrobić setki zdjęć :)

Oprócz tego myślę, że warto wspiąć się też na drugi wulkan – Eldfell, zobaczyć pola zastygłej lawy oraz to, co zostało z budynków po jego ostatniej (i jedynej) erupcji. W tym celu musicie udać się do Muzeum Eldheimar. Koszt biletu to 2400 ISK (ok. 75zł). Trochę drogo, ale podobno wystawa robi wrażenie.

Jeśli jesteście na wyspie latem, to koniecznie wybierzcie się na klify zobaczyć maskonury!

 

 

Nasza wycieczka na Heimaey

Naszą wyprawę na wyspę Heimaey zaczęliśmy od małego pośpiechu, żeby w ogóle zdążyć na prom o 18.00. Na kolejny musielibyśmy czekać 4 godziny + w ciemności nie widzielibyśmy widoczków podczas rejsu. Drogę do pokonania mieliśmy nie byle jaką, bo aż z Landmannalaugar – obszaru, który znajduje się w "mini" interiorze. Na szczęście dzięki naszym wspaniałym kierowcom udało się dojechać 10 min przed zamknięciem bramek. Były jeszcze bilety, ale bez możliwości zabrania samochodu. Wzięliśmy więc nasze plecaki, odstawiliśmy auto na parking i pobiegliśmy do kasy.

No i w końcu znaleźliśmy się na pokładzie. Zostawiliśmy bagaże w wyznaczonym do tego miejscu i zrobiliśmy szybki obchód po statku, który okazał się całkiem wypasiony. Odkryliśmy pokój, w którym na telebimie puszczano bajki dla dzieci, restaurację z nieludzkimi cenami oraz miejsca do spania dla tych bardziej zmęczonych. Jak na statek, który płynie 30-40 min to całkiem nieźle.

Mocno zmęczeni nie byliśmy, bajki nas nie interesowały, a na jedzenie nie było nas stać, więc wyszliśmy na zewnątrz popatrzeć na morze. Wybiła godzina zero, powolutku zaczęliśmy wypływać na głębsze wody i wtedy się zaczęło – ogromne fale. Raz góra, raz dół. Chyba największe bujanie w moim życiu. W jednej chwili znalazłam się na czworakach i przetuptałam w pobliże Adiego, który nie mógł powstrzymać się od śmiechu. Zresztą inni pasażerowie również nie kryli rozbawienia moją reakcją. W psiej pozycji pozostałam jeszcze jakieś 10 min, aż mój błędnik nie przyzwyczaił się do nietypowej sytuacji. A po 20 minutach biegałam już z aparatem od jednej barierki do drugiej i robiłam 10 zdjęć na sekundę, bo było tak pięknie. Naprawdę – widoki po drodze są niesamowite, do tego wiatr we włosach, wielkie fale i już sama podróż na Heimaey staje się przygodą :)

 

 

Na miejsce dopłynęliśmy po ok. 30-40 min. Teraz czekało nas już tylko dojście do naszego domku. Większość hosteli/hoteli znajduje się w miasteczku- zaraz przy porcie. My natomiast zarezerwowaliśmy nocleg trochę dalej, żeby mieć większą szansę na zobaczenie zorzy. Wymagało to niestety 30 minutowego marszu pod górę z naszymi wielkimi plecakami, których nie zdążyliśmy wcześniej przepakować. Ale było warto, ponieważ domek okazał się cudowny, z przepięknym widokiem na morze.

 

Nasz widok z salonu <3

 

Pozostało nam zjeść obiad, wypić gorącą herbatę i w towarzystwie drineczków z polskiego alkoholu czekać na zielone smugi na niebie. Po zachodzie słońca okazało się, że nasze miejsce wcale nie jest aż tak wspaniałe, jeśli chodzi o zorzę. Raz – łuna od miasteczka była całkiem mocna, a dwa – mimo, że w naszej okolicy nie było wielu innych domków, to każdy (łączni z naszym) był poobwieszany światełkami jak choinka. I do tego nie mogliśmy ich wyłączyć – świeciły się cały dzień i noc. Mimo niesprzyjających warunków udało nam się zobaczyć zalążek zorzy. Co jakiś czas pojawiała się na chwilę zielona poświata, chwilę potańczyła na niebie i znikała. Coś tam zobaczyliśmy, ale czuliśmy duży niedosyt :(

 

 

Kolejnego dnia przeszliśmy się po okolicy i miasteczku. Było to jedno z najbardziej pustych miast, w jakim miałam okazje być. W czasie kilku godzin spotkaliśmy 2 osoby i kilka samochodów. Było cicho i spokojnie, aż nienaturalnie. Ale że my spokój lubimy, to bardzo nam to odpowiadało :)

 

 

Następnie mieliśmy w planach wejść na uśpiony wulkan Eldfell, ale pomyliliśmy drogi i znaleźliśmy się na szczycie wygasłego wulkanu Helgafell ;p Podejście nie jest bardzo ciężkie, więc każdemu polecam! Widoki cudne, zarówno po drodze, jak i ze szczytu.

 

 

I tak dotarliśmy się do końca naszego króciutkiego pobytu na Heimaey. O 13.00 mieliśmy prom powrotny, więc wróciliśmy do domku, zrobiliśmy ostatnie zdjęcia i udaliśmy się do portu.

Galeria zdjęć
Podróże NAJNOWSZE
blog comments powered by Disqus