Trekking na Rinjani z Sembalun 3D2N

Tagi :
#wulkany / #trekking / #lombok / #indonezja

Trekking na Rinjani z Sembalun 3D2N

Rinjani · Wulkany 2019-04-30
Opis trekkingu na wulkan Rinjani dzień po dniu z miejscowości Sembalun. Nasz wypad miał trwać 3 dni i 2 noce, ale okazało się, że wulkan zmusił nas do małej zmiany planów :)

Wulkan Rinjani

Lokalizacja: Wyspa Lombok, Indonezja

Wysokość: 3726 m n.p.m.

Poziom trudności: 4

 

O tym jak zorganizować trekking oraz wszystkie praktyczne informacje znajdziecie tutaj.

 

Rinjani jest jak dotąd jedynym wulkanem, na który póki co nie zdecydowałabym się wejść kolejny raz. Minęło już trochę czasu od kiedy razem z siostrą zdobyłyśmy jego szczyt, więc już nie dostaję gęsiej skórki na samo jego wspomnienie, ale nadal pamiętam totalny brak sił na każdy kolejny krok w górę i 4-dniowe zakwasy, przez które z trudem wstawałyśmy z łóżka :D Było to zdecydowanie największe podróżnicze wyzwanie fizyczne i psychiczne z jakim do tej pory miałam do czynienia.

 

 

Nasz 3 dniowy trekking, który ostatecznie zakończyłyśmy drugiego dnia, miał wyglądać tak:

 

Dzień pierwszy

hotel w Senaru – wioska Sembalun (1156m n.p.m.) – Sembalun Crater Rim (Pelawang II – 2639 m n.p.m.)

 

Dzień drugi

Sembalun Crater Rim (Pelawang II – 2639 m n.p.m.) – szczyt Rinjani (3726m n.p.m.) – Jezioro Segara Anak i  gorące źródła (2008m n.p.m.) – Senaru Crater Rim (2639m n.p.m.)

 

Dzień trzeci

Senaru Crater Rim (2639m n.p.m.) – wioska Senaru (600m n.p.m.) – port w Bangsal – wyspy Gili

 

 

A jak trekking na Rinjani wyglądał w praktyce?

 

Dzień 1.

Pierwszy dzień zaczęłyśmy o godzinie 6.00 – zjadłyśmy przygotowane w hotelu śniadanie z przepięknym widokiem na Rinjani. Pamiętam, jak razem z Nati patrzyłyśmy na wulkan i zgodnie stwierdziłyśmy, że nie wygląda na zbyt trudny do zdobycia, a opowieści na jego temat są pewnie mocno przesadzone. Po śniadaniu podjechał po nas jeep, na którego pace spędziłyśmy kolejną godzinę jadąc do naszego punktu początkowego w Sembalun.

Ok. godziny 8.00 dojechaliśmy do bram Parku Narodowego, gdzie musieliśmy wpisać swoje dane do czegoś w rodzaju księgi odwiedzin. Ostatnia chwila na odpoczynek i w końcu wyruszyliśmy na podbój wulkanu! Po ok. 4 godzinach zrobiliśmy długi postój, w czasie którego nasi tragarze przyrządzili nam obiad. Do tej pory trekking był dosyć męczący, ale nie nazwałabym go trudnym technicznie. Było po prostu bardzo gorąco i wilgotno.

Po przerwie zaczęła się najtrudniejsza (tego dnia) część trekkingu – 4 godzinna wspinaczka po stromych zboczach góry. Było naprawdę ciężko. Niekończąca się walka o kolejne podniesienie nogi. Byłyśmy tak zmęczone i skupione na stawianiu kroków, że zupełnie zapomniałyśmy o robieniu zdjęć i filmów.

W końcu udało nam się dojść do obozowiska (Sembalun Crater Rim). Tam zjadłyśmy świeżo ugotowany, ciepły posiłek, nacieszyłyśmy oczy pięknymi widokami krajobrazu i rozgwieżdżonego nieba i w końcu mogłyśmy iść spać.

 

Szczyt Rinjani kryjący się w chmurach. Z tej perspektywy wydaje się dosyć niepozorny :)

 

 

Dzień 2.

Ten dzień zaczęliśmy jeszcze wcześniej niż poprzedni. O 2.30 pobudka, przegryzienie czegoś i o 3.00 rozpoczęliśmy marsz na szczyt. Trasa prowadziła w większości przez wulkaniczny żwir, który sprawiał, że każde dwa kroki w górę kończyły się zjechaniem jednego kroku w dół. Do tego dochodziło nachylenie terenu sięgające nawet 50 stopni i duża wysokość utrudniająca oddychanie. O ile wcześniejszy dzień był ciężki, to ten był trekkingowym piekłem. Za każdym zakrętem wydawało nam się, że już powinien być koniec, ale wtedy wyłaniał się kolejny długi i stromy odcinek drogi. Apogeum rozpaczy dopadło nas, kiedy po ponad 3 godzinach wspinaczki zapytałyśmy naszego przewodnika, ile zostało nam do końca. Spodziewałyśmy się odpowiedzi, że max 30 min, bo przecież szczyt był praktycznie na wyciagnięcie ręki. Usłyszałyśmy, że jeszcze co najmniej 1,5 godziny. Wtedy nastąpił moment, w którym chciałam się poddać. Stwierdziłam, że osiągnęłam limit moich możliwości i nie jestem w stanie dać ani jednego kroku w górę więcej. Usiadłam na kamieniu i biłam się z myślami. Byłam tak blisko szczytu, a jednocześnie wydawał mi się tak odległy. Nagle usłyszałam Natalę ”to co, idziemy dalej, nie?”. I poszłyśmy. Po każdych 5 krokach robiłyśmy kilkanaście sekund przerwy i tak aż do końca. Na ostatnich metrach zebrałam całą resztkę energii i biegłam, żeby jak najszybciej być na górze. Moment, w którym już się tam znalazłyśmy był niesamowity. Wszyscy ludzie gratulowali, niektórzy bili brawo, a ja byłam bliska płaczu ze szczęścia, zmęczenia i wszystkich skumulowanych emocji.

 

 

Czas podejścia od obozowiska na szczyt, wg przewodnika, powinien zająć ok. 3 godzin. Osoby z bardzo dobrą kondycją rzeczywiście znalazły się na górze o 6.00. Niestety my się do niech nie zaliczałyśmy :D Do tego ja wchodziłam z gorączką i problemami żołądkowymi, które zdecydowanie nie ułatwiały zadania. Całość zajęła nam 5 godzin. Miałam  już kilka wulkanów na swoim koncie, ale żaden z nich nie wymagał ode mnie takiej siły fizycznej i ogromnej walki z samą sobą. Tak naprawdę gdyby nie moja wspaniała siostra, która cały czas mnie motywowała i niosła plecak, pewnie nie zdobyłabym szczytu. Dzięki Nati! <3

 

 

Widok z góry był naprawdę niesamowity. Co prawda nie zdążyłyśmy na wschód słońca, ale przynajmniej została tylko garstka ludzi, a słońce, które było już wystarczająco wysoko, utworzyło razem z wulkanem przepiękny cień, którego nie zobaczyłybyśmy wcześniej. Napawałyśmy oczy widokami i zrobiłyśmy ogromną ilość zdjęć. Wkrótce zaczęły nadchodzić chmury, więc ruszyłyśmy w dół. Na szczęście droga do obozowiska jest dużo przyjemniejsza. Żwir, który był utrapieniem w czasie podchodzenia, doskonale nadaje się do „ślizgania”, więc już po godzinie byłyśmy przy namiotach.

Po zjedzeniu śniadania podjęłyśmy decyzję o rezygnacji z dalszej części wycieczki. Tego dnia miałyśmy zejść na dół krateru – do jeziora i gorących źródeł, tam zrobić dłuższą przerwę, a następnie czekałoby nas 4-godzinne podejście na przeciwległą krawędź krateru i kolejny nocleg w namiocie. To byłoby ponad nasze siły, których i tak ledwo zostało na 5-godzinne zejście do wioski.

 

 

Podsumowanie

Trekking na szczyt wulkanu Rinjani jest według mnie morderczy. Niezwykle wymagająca trasa, bardzo strome podejścia, żwir wulkaniczny i duża wysokość n.p.m. sprawiają, że każdy krok staje się walką z samym sobą, szczególnie na trasie od obozowiska na szczyt. Zdecydowanie nie jest to wyprawa dla każdego. Minimalna kondycja fizyczna jest tutaj niezbędna, a i tak wiele bardzo wysportowanych osób rezygnowało z dalszego podejścia. Po trekkingu bedzie Was bolało całe ciało, więc kilka następnych dni zarezerwujcie sobie na odpoczynek i leżakowanie. Bardzo dobrym miejscem na to są popularne Wyspy Gili :)

Mimo wszystko duma, która rozpierała każdego z nas na szczycie i ogromne poczucie satysfakcji sprawiają, że nigdy (pomijając moment wchodzenia na wulkan ;)) nie żałowałam, że wpadłam na ten głupi pomysł zdobycia Rinjani :)

 

Powodzenia!

 

Galeria zdjęć
Wulkany NAJNOWSZE
blog comments powered by Disqus