Wielkanoc na Wulkanie Pacaya

Tagi :
#wulkany / #trekking / #plan podróży

Wielkanoc na Wulkanie Pacaya

Pacaya · Wulkany 2020-09-03
Wielkanoc w 2017r. spędziliśmy inaczej niż zwykle, bo na wulkanie Pacaya w Gwatemalii. Jajka zamieniliśmy na pianki marshmallow, a odświętny strój na buty trekkingowe i t-shirty :)

Wulkan Pacaya

Położenie: Gwatemala 

Wysokość: 2570m n.p.m.

Skala trudności: 2 

Data zdobycia: kwiecień 2017r. (dokłdnie w Wielkanoc;))

 

Pacaya jest jednym z 3 aktywnych wulkanów Gwatemali (kolejne dwa to Fuego i Santa Maria). Co więksi szczęściarze mają nawet możliwość podziwiania powoli spływającej lawy po jego zboczach (my niestety się do nich nie zaliczamy:( ). Wulkan uważany jest za dosyć spokojny - jego erupcje zazwyczaj nie są gwałtowne - dlatego popularną atrakcją są trekkingi organizowane na pewną, bezpieczną wysokość.

 

 

Nasz trekking odbył się w połowie kwietnia w 2017r., dokładnie w dzień Wielkanocy. Czy jest to dobra pora na chodzenie po gwatemalskich wulkanach? Szczerze mówiąc - niekoniecznie. Kwiecień, wbrew temu, co można przeczyta w Internecie, nie jest już miesiącem pory suchej. Tak naprawdę przez wszystkich lokalsów uważany jest  za początek pory deszczowej. Podczas całego wyjazdu całkiem często towarzyszyły nam całodniowe chmury i kiepska widoczność. Zdarzały się też opady deszczu. To zdecydowanie nie ułatwiało zdobywania wulkanów. Ale znalazłam też jeden, za to ogromny, pozytyw kwietniowego wyjazdu - bardzo mało turystów. Pustki i spokój - to akurat uwielbiam :)

Jeśli chodzi o organizację trekkingu w święto, to nie było z tym żadnego problemu. Wszystko odbywało się normalnie.

 

 

Nasz trekking na wulkan Pacaya

Nie będę ukrywać, że pisząc ten tekst - po 3 latach od wejścia na wulkan - nie pamiętam wszystkich szczegółów. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że kiedyś powstanie ten wspaniały ( ;) ) blog, więc nie sporządzałam notatek i nie robiłam zdjęć co krok ;) Na szczęście sporo pamiętam i postaram się przekazać Wam moje piękne wspomnienia najlepiej, jak potrafię.

Wycieczkę na wulkan Pacaya można zarezerwować w jednym z wielu biur podróży w stolicy Gwatemali - mieście Antigua. Jeśli jest taka możliwość, to staramy się robić jak najwięcej na własną rękę, ale są takie atrakcje, a gwatemalskie wulkany do nich należą, przy których decydujemy się na pomoc osób trzecich. Po pierwsze - dajemy zarobić lokalnej ludności, która w większości żyje z turystyki, więc jeśli ceny nie są przesadzone, to staramy się wspierać ich w ten sposób. A po drugie - Gwatemala jest uważana za kraj niebezpieczny. Przeczytaliśmy i wysłuchaliśmy kilku opowieści o napadach na turystów m.in. na szlaku prowadzącym na wulkan Pacaya, więc zdrowy rozsądek podpowiedział nam, że warto wykupić wycieczkę z przewodnikiem ;)

 

 

Koszt takiej wycieczki to 80 quetzali, czyli ok. 40 zł za osobę. W tej cenie mamy przewodnika oraz dojazd i powrót, które zajmują ok. godziny w każdą stronę. Do tego dochodzi bilet wstępu, który trzeba wykupić przy wejściu na szlak - 50 quetzali

Do wyboru są dwie wycieczki: poranna i popołudniowa. My zdecydowaliśmy się na opcję popołudniową ze względu na pogodę - wg prognozy, kolejnego dnia rano miało padać. I rzeczywiście padało :)

Naszą wycieczkę rozpoczęliśmy od godzinnej jazdy kilkuosobowym busiekim, który odebrał nas spod naszego hostelu. Podróż z gwatemalskim kierowcą po gwatemalskich drogach to już swego rodzaju przygoda. Jeśli ktoś jest wrażliwy, to polecam zabrać coś na chorobę lokomocyjną. 

Gdy dojechaliśmy na miejsce otoczył nas tłum ludzi. Każdy próbował nam coś “wcisnąć”: dzieci kijki do wchodzenia, kobiety jakieś chusty z ichniejszymi wzorami, a mężczyźni konie, które miałyby zawieźć nas na szczyt. Takie nagabywanie jest niestety częste w Gwatemali. Trzeba się do tego przyzwyczaić. 

Jeszcze tylko jedna uwaga odnośnie wspomnianych wyżej koni. Błagam - nie korzystajcie z takich okrutnych usług! Jeśli decydujecie się na trekking, to zróbcie go o własnych siłach, a nie siedząc na grzbiecie konia. Wszystkie atrakcje, które związane są z wykorzystywaniem zwierząt, uważam za nieetyczne i mocno je potępiam. Mam nadzieję, że Wy również nie będziecie przyczyniać się do ich cierpienia.

Kiedy już udało nam się wydostać z krzyczącego i napierającego tłumu, mogliśmy rozpocząć nasz trekking. Pacaya jest zaliczana do łatwych wulkanów z kilku powodów. Raz - podejście zaczynamy dosyć wysoko, bo na 1700 m n.p.m. Dwa - nie ma zbyt wielu stromych wzniesień. Dodatkowo cała trasa jest dobrze przygotowana pod turystów, więc nie idzie się po osypującym się żwiże wulkanicznm, który mocno spowalnia marsz. Suma summarum dojście do pól zastygłej lawy, które okazały się punktem finalnym naszej wycieczki (o czym wcześniej nie wiedzieliśmy i co nas bardzo rozzłościło) zajęło nam mniej niż 1,5 godziny.

 

 

Okazało się, że wyżej nie pójdziemy, bo trekkingi organizowane są tylko do tej wysokości. Podobno wyżej jest niebezpiecznie, ale nie do końca w to wierzę. Z drugiej strony wycieczka jest naprawdę tania, więc nie dziwię się, że nie była dłuższa o 2-3 godziny. Szkoda tylko, że zostaliśmy źle poinformowani przy kupowaniu miejsc - wtedy inaczej byśmy się nastawili i nie czulibyśmy małego rozczarowania.

No ale trudno. Pogodziliśmy się z sytuacją. Miejsce do którego doszliśmy też było ekstra. No i w końcu mogliśmy usmażyć nasze pianki, które były główną atrakcją tego dnia <3 Naprawdę fajne doświadczenie. Nie jestem fanką pianek marshmallows, ale w tym miejscu smakowały mi jak nigdy ;)

 

 

Po ok. godzinie chodzenia po zastygłej lawie, robienia zdjęć i podziwiania wulkanicznego, surowego widoku nadszedł czas na powrót do busa. Tym razem obraliśmy inną drogę - prowadzącą przez wulkaniczny żwir. O ile podczas wchodzenia na wulkan jest on utrapieniem i spowalniaczem, to już w czasie schodzenia daje dużo zabawy i usprawnia dostanie się na dół. Po 30 minutach byliśmy już przy wejściu na szlak.

 

 

Rady:

  • przed wykupieniem jakiejkolwiek wycieczki zobaczcie prognozę pogody - u nas nawet się sprawdzały. Raz się pomądrzyliśmy, nie posłuchaliśmy  i później żałowaliśmy.

  • wycieczki na Pacaya nie są na sam szczyt. Nawet jeśli biuro, w którym rezerwujecie wycieczkę zarzeka się, że zabierze Was do plującego lawą krateru - nie słuchajcie, bo to jedynie kłamstwo mające na celu sprzedaż miejsc.

  • Można odbyć trekking do samego krateru, ale to chyba nie jest do końca legalne. W każdym razie dostaliśmy taką propozycję od jednego lokalsa. Koszt takiej przyjemności to 100$  za dwie osoby (2017r.). Trasa podobno jest trudna i niebezpieczna, a w dodatku przy gorszej pogodzie lub złapaniu przez rangersa (kogoś w stylu straży) trzeba zawrócić i nici z krateru. Nie zdecydowaliśmy się, chociaż kusiło bardzo. W razie czego namiary do naszego “lokalnego przewodnika” Luis Guzman Mejia.

  • Pianki do smażenia lepiej kupić wcześniej w sklepie. Czasami dostaniecie je za darmo od Waszego przewodnika, ale najczęściej będziecie musieli je kupić za kilkukrotnie wyższą cenę.

 

 

Zapraszam Was na mój Instagram - w sekcji wyróżnionych stories znajdziecie krótką relację z wulkanu Pacaya :)

@worldofsandi

Galeria zdjęć
Wulkany NAJNOWSZE
blog comments powered by Disqus